Słów kilka o przykrych konsekwencjach niedzielnych spacerów
2011-05-30 11:23:13Tysiące razy obiecywałem sobie, że tym razem postaram się urozmaicić moje coniedzielne, ocierające się już o rytuał, spacery po ścisłym centrum Rybnika. Szedłem , jak zwykle zresztą, ulicą Hallera, skręciłem w Wiejską i pozorując namysł nad wyborem szlaku, wylądowałem tam, gdzie zwykle – mianowicie u stóp jednego z tych wielkich, kapitalistycznych domów towarowych. Gardząc sobą, ale też własną konsekwencję podziwiając, przystanąłem na chwilę, by przypatrzeć się najsłynniejszemu bilbordowi w mieście, co to między Winarium Kondrata, a sklepem z artykułami dziecięcymi stoi.
Striptiz na ziemiach polskich nastał wraz z panowaniem Edwarda Gierka, ale kto by pomyślał, że kilkadziesiąt lat później, niewielkie miasteczko na Górnym Śląsku przeżyje prawdziwy najazd armii ukraińskich prostytutek. Kto by pomyślał?
Minąłem „Plazę” i (nie ustając w swej konsekwencji) pomknąłem Raciborską w stronę rynku. W momencie, gdy już wdrapywałem się na szczyt, moim zdaniem – z dnia na dzień – coraz bardziej stromego, rybnickiego rynku , drogę zastawiły mi dwie starsze kobiety, o włosach w kolorze denaturatu. Jak się miało okazać, były to wolontariuszki jakiejś fundacji. Nie pamiętam nazwy. Fundacja „Drugie Przyjście” czy coś w ten deseń. Nieważne. Minąłem je niczym slalomowe tyczki i ile sił popędziłem w kierunku starego browaru, przerobionego na kolejny kapitalistyczny dom towarowy. Schronienie przed „zbawieniem za jedyne 5 złotych” znalazłem w empiku. Opierając się o półkę z najlepiej sprzedającymi się książkami, próbowałem uregulować oddech. Gdy już doszedłem do siebie, udałem, że przeglądam nowości, tak naprawdę wypatrując, czy w pobliżu nie ma przypadkiem żadnych fioletowych głów. Po chwili jednak zapomniałem o swoich prześladowczyniach i (tym razem na poważnie) zainteresowałem się książkami. Zauważyłem, że od czasu beatyfikacji Jana Pawła II z listy top 10 nie schodzą wszelkiej maści albumy, książki, czy inne monografie poświęcone papieżowi. Wśród ogromu tych wszystkich ksiąg brakowało chyba tylko poradników w stylu: „Jak zostać papieżem”, autobiografii samego Jana Pawła II pt: „Jak zostałem papieżem” i superbestselleru „Jak zostać papieżem w weekend”. Nie potrafiłem (i prawdę mówiąc nadal nie potrafię) pojąć tego fenomenu popularności, z którym wtenczas się zderzyłem (i nadal zderzam). Gdy nie potrafimy czegoś zrozumieć to wówczas pozostaje wyjaśnienie, które zawsze pozostaje, gdy sprawy świata przybierają niewytłumaczalny obrót, pozostaje mianowicie moda. Tak! Papież jest obecnie w modzie.
Mimo dogodnej pory na odwiedziny tego typu miejsc, w sklepie, prócz mnie, był tylko jeden klient i o dziwo nie wertował on żadnej książki o papieżu. Każdy stuprocentowy Polak, w tej sytuacji i na moim miejscu, pomyślałby od razu: żyd! Ale nie ja. Ja obstawiałem ,że być może luteranin. Facet miał na sobie jasnozielone, obcisłe (aż do przesady) spodnie, czarny podkoszulek, czerwone tenisówki i błyszczący kolczyk w brwi. Co tu dużo mówić – wyglądał jak stereotyp homoseksualisty. Zakradłem się nieco bliżej, żeby zweryfikować jego literackie gusta. Kiedy zorientowałem się, że facet trzyma w ręku najnowszą powieść Paulo Coelho, aż się zakrztusiłem. Tamten oderwany od lektury, spojrzał na mnie, jakbym, tym kaszlnięciem, złamał na raz wszystkie możliwe prawa gejów i luteran. Swym spojrzeniem sprawił, że z wolna zaczęły obumierać we mnie wszystkie ludzkie odruchy. Wcześniej, w pierwszym ludzkim odruchu, chciałem altruistycznie pomóc i zaprowadzić go do działu z dobrą literaturą, w drugim chciałem dać mu upomnienie, w trzecim odruchu, natchniony obecnością tych wszystkich papieskich woluminów, chciałem go ekskomunikować, zaś w czwartym, chciałem wymierzyć mu, niewspółmiernie wysoką w stosunku do wykroczenia świecką karę, czyli krótko mówiąc, chciałem zwyczajnie zdzielić go po łbie. Szybko jednak ochłonąłem i chwytając pierwszą z brzegu książkę, nie patrząc nawet na okładkę, udałem się do kasy. Przy kasie stała całkiem niezła – osiem, może nawet osiem i pół w mojej dwunastostopniowej skali – blondynka. W okamgnieniu, gdy tylko znalazłem się przy kasie, udało mi się wprawić ją w wprost obeliskowe osłupienie. Z początku byłem przekonany, że zadziałał na nią mój urok osobisty, szybko jednak zorientowałem się , że jej wzrok nie skupia się na mnie, lecz na książce, którą jej przed momentem podałem. Spojrzałem w dół. Pomiędzy mną a śliczną blondynką za osiem, może nawet osiem i pół punktu, leżał poradnik autorstwa Krzysztofa Ibisza pod znamiennym tytułem „Jak dobrze wyglądać po czterdziestce” Żenuaria do kwadratu. Blondynka za osiem, może nawet osiem i pół punktu, chichocząc schowała książkę do reklamówki, a ja, nie przerywając tej farsy, natychmiast podałem jej należność i podążyłem w kierunku wyjścia.
Do tej pory sądziłem, że wiele rzeczy można było przewidzieć. Wybór polskiego papieża, upadek muru berlińskiego, nastanie gospodarki wolnorynkowej, a nawet powstanie w wolnej Polsce sieci hipermarketów biedronka. Ba! Nawet można się było spodziewać, że prędzej czy później, niewielkie miasteczko na Górnym Śląsku zostanie najechane przez armię ukraińskich prostytutek! Ale, że kiedykolwiek wrócę z niedzielnego spaceru z poradnikiem autorstwa Krzysztofa Ibisza? Tego nijak nie można było przewidzieć.
Autor: Adam Jurasiński
Poleć na
Facebook
Komentarze
TR24.pl nie odpowiada za treść opinii zamieszczanych przez internautów. Zamieszczone poniżej wpisy są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
dodał: mimi20k • data dodania: 2011-05-30 |
Oznajmiam wszem i wobec, że autor tego artykułu również czyta Paulo Coelho ![]() Marcin |
Publicystyka
- Słów kilka o przykrych konsekwencjach niedzielnych spacerów
- dodał: Adam Jurasiński | dnia: 2011-05-30

- Więcej artykułów...
Sonda





